Kanały:
Wpisy
Komentarze

Nowy adres…

W skrócie: http://metiu.ovh.org/word – zapraszam

Nowa mania: nasza-klasa

Ogromne internetowe społeczności święcą triumfy. Widać to doskonale na przykładzie portalu nasza-klasa.pl, który w ciągu kilku miesięcy (serwis wystartował 11 listopada 2006 roku) zdobył tak ogromne rzesze fanów, że niemal natychmiast pojawiły się problemy z serwerem. Dopiero od drugiej połowy lutego, kiedy to serwer został przeniesiony, serwis działa w miarę szybko i stabilnie. Jednak zacznijmy od początku.

Nasza-klasa

Założenie główne, pozostańmy w kontakcie ze znajomymi ze szkolnych lat, okazało się tylko punktem wyjścia. Twórcy naszej-klasy dali internautom bazę szkół z całej Polski. Każda szkoła otrzymała własną podstronę, gdzie można było wirtualnie reaktywować swoją klasę. Tyle można wyczytać na stronie „o nas” portalu. Osobiście uważam, że pomysł był bardzo trafiony, bo wielu z nas brakuje kontaktu z ludźmi, którzy kiedyś byli naszymi lepszymi znajomymi. Portal pozwala na odnowienie znajomości poprzez najszybciej rozwijaną dziedzinę życia: Internet. Nic dziwnego, że ludzie rzucili się do rejestracji, by czem prędzej poznać od środka „naszą-klasę”. Na początku wszystko szło jak po maśle: ludzi, szkół, forów przybywało, a nowe pomysły autorów są wprowadzane na porządku dziennym. Jednak, jak to w życiu bywa, bardzo szybko portal się zgnoił, a wszystko to dzięki… użytkownikom.

Z początku większość z nas miała po kilku znajomych: z tej, z tamtej szkoły. Jednak od pewnego czasu, obserwując ilość e-maili z nowymi znajomymi, zauważyłem, że ludzie zaczęli ze sobą konkurować! Nie liczy się czy kogoś się zna, czy nie – wystarczy jedno drobne powiązanie (kolega mojego brata, brat koleżanki brata itp.), by większość użytkowników kliknęło w link „Dodaj do listy znajomych”. Ile razy musiałem ignorować wiadomości o dodaniu mnie do „znajomych” przez osoby, które kompletnie nie znam, o których nie miałem nawet pojęcia, że istnieją! Z tego, co większość moich znajomych mówi, nie tylko ja mam podobne problemy z portalem. Wielu z nich musi użerać się z łebkami, którzy masowo próbują podbijać sobie statystyki. Jest to największa zmora tego portalu, a z każdym dniem frustracja rośnie, gdy do skrzynki dostaje się szereg wiadomości od tajemniczych znajomych.

To jest jakiś absurd – nie dajmy się zwariować. Chęć zaimponowania ilością znajomych, przesłoniła już podstawowe założenie portalu, jakim jest ODNOWIENIE ZNAJOMOŚCI. Zdaję sobie sprawę, że administratorzy portalu nie są w stanie kontrolować tego typu zapędów, więc siłą rzeczy nie da się tego trendu wyeliminować, a szkoda…

Reżyserzy-dziwki

Moda na kontynuuacje wielkich filmowych hitów trwa. Jeszcze w tym roku będziemy mogli zobaczyć sequele (lub prequele) takich filmów jak Shrek, Milczenie Owiec (już w kinach), Godziny Szczytu, Szklana Pułapka i wiele, wiele innych. Co gorsze: każda nowa część jest z założenia GORSZA od poprzedniej (dobra, wiem są wyjątki: Godfather czy Terminator 2), tak więc co naprawdę sprawia, że tak bardzo opłacalne jest robienie mass-produkcji czy odgrzewanie starych kotletów?

Przede wszystkim sama NAZWA, która przyciąga do kin kolejne rzesze widzów. Jak tu przecież nie obejrzeć trzeciego (narazie) Shreka czy czwartej Szklanej Pułapki. Jeżeli jakiś tytuł zdobył sporą popularność to jest prawie pewne, że doczekamy się drugiej, trzeciej…n-tej części. Najważniejszy jest pomysł, który odpowiednio nabije kieszenie pierwszego reżysera. Później to już leci z górki.

Drugą sprawą są oczywiście AKTORZY, którzy albo z braku nowych ról (np. Harrison Ford) czy po prostu z chęci pojawienia się na „wielkim” ekranie grają w takich, nie bójmy się tego powiedzieć, gównianych produkcjach. Od razu zastrzegam, że nie mam nic przeciwko aktorom starej daty, ponieważ są oni osobami, których wielokrotnie nie da się zastąpić, ale najwyraźniej brakuje im pieniędzy, skoro zgadzają się na pewne role. Przykładem niech będzie Indiana Jones 4. Harrison Ford jest osobą, która zagrała w wielu bardzo dobrych rolach (ot np. Gwiezdne Wojny czy trylogia Jonesa) i jako aktor wydaje mi się, że już nic więcej nie będzie w stanie pokazać. Powinien usunąć się w cień i grać tylko gościnnie bądź (jak to ostatnimi czasy robi) nagrywać dokumenty na temat swoich ważniejszych ról. Nie wyobrażam sobie 65 letniego gościa, który będzie grał żywego, cynicznego i sprytnego dr Jonesa.

W końcu dochodzimy do najważniejszego elementu PUBLIKA. To właśnie my, widzowie, przy pewnych produkcjach domagamy się stworzenia nowej części pewnej popularnej serii, ponieważ z braku lepszych produkcji, czujemy potrzebę obejrzenia czegoś, co znamy i lubimy. Dlatego też, w większości przypadków, jeżeli reżyserowi uda się oddać klimat starszych odsłon, to widz wychodzi z kina zadowolony. Ciekawe czy uda się jakoś na siłę stworzyć sequel Pasji?

Jestem fanem wielu serii: Szklana Pułapka, Gliniarz z Beverly Hills, Gwiezdne Wojny itd. Wiele z tych filmów doczekało się już kolejnych części (Szklana Pułapka 4, Piła, Cube), ale większa część jest albo dopiero na etapie rozmów (Gliniarz z BH 4, Zabójcza Broń 5) i mówiąc szczerze, mimo tego całego psioczenia, na pewno wybiorę się do kina na większość z tych pozycji. Dlaczego? – słusznie spytacie. Ponieważ po wszelkiej maści Pachnidłach, Prestiżach, Eragonach czy kolejnych animacjach, z dziką chęcią obejrzę przerzutego w każdym możliwym kierunku odgrzewanego kotleta, ponieważ czuję, że muszę…

Lost in prison?

Seriale biją popularność w Polsce i na świecie. Nie licząc licznych seriali animowanych (np. Family Guy, nieśmiertelni The Simpsons czy American Dad!), najczęściej i najchętniej oglądanymi są Lost (w Polsce znany ”Zagubieni„) oraz Prison Break (najgłupsze tłumaczenie jakie słyszałem „Skazany na śmierć„). Pierwszy z tych seriali zacząłem oglądać dopiero wtedy, gdy kończył się pierwszy sezon. PB oglądam od początku z racji nie tylko tego, że jest to serial sensacyjny, ale także dlatego, że tak jak Scofield, będę kiedyś konstruktorem ;)

Lost

Lost – chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Grupa ludzi, lecąca samolotem z Sydney, rozbija się na tajemniczej wyspie. Od tamtej pory prześladują ich same problemy: „inni”, „kosmici”, porwania, pożary, a także śmierć. Pierwszy sezon tego serialu – można śmiało powiedzieć – wciskał w fotel i nie dopuszczał do nudy. Akcja za akcją, na ekranie zawsze coś się działo, a to, co się aktualnie działo na wyspie było ładnie przeplecone ze wspomnieniami. Drugi sezon skupiał się bardziej na samej wyspie i tak zwanych „innych”. Jack i spółka odkryli tajemniczy bunkier, poznaliśmy tragiczną historię drugiej części rozbitków (samolot rozłamał się na dwie części, które spadły w różne miejsca na wyspie), a na samym końcu Jack, Sawyer i Kate zostali uprowadzeni przez „innych”.

4tego października FOX wyemitował pierwszy odcinek trzeciego sezonu. Początek świetny – akcja niesamowita. Niestety (przesyt tematu?), jak to zawsze bywa z kolejnymi odsłonami, z epizodu na epizod serial stawał się coraz nudniejszy, a kolejne wątki raczej wzbudzały odruch wymiotny zamiast zainteresowania. Jednym słowem: serial, który stał się niemalże kultowy (zobaczcie sami ile jest stron na temat Lost), został stłamszony do poziomu zera absolutnego. Miejmy nadzieję, że reżyser nie usnął oglądając kolejne części swojego dzieła, a wkrótce na ekranach telewizorów zacznie się COŚ DZIAĆ! Dodatkowym pocieszeniem jest to, że Losty będą teraz leciały co tydzień, aż do końca sezonu. Fox nie planuje żadnych przerw, ale jeżeli odcinki będą na takim poziomie na jakim są od dwóch tygodni, to chyba czwarty sezon nie zostanie ciepło przyjęty…

Prison Break

Prison break – w Polsce znany stosunkowo od niedawna pod nazwą (Boże widzisz i nie grzmisz!?) „Skazany na śmierć„, a jego dwa premierowe odcinki przyciągnęły nieco ponad 7 milionów widzów. Swoją drogą: Polsat zrobił niezły interes i dzięki takim serialom jak PB czy „Gotowe na wszystko” (i znowu nieudolne tłumaczenie, bo nazwę Desperate Housewives można o wiele lepiej przetłumaczyć) stał się stacją o wiele popularniejszą niż TVN, ale wkrótce to się zmieni – zbliża się Wielkanoc, a wraz z nim Polsat PONOWNIE puści Kevina, a TVN na pewno wyemituje jakiś ciekawszy i mniej przetrawiony film. Dobra, ale wracając do Prison Break. Serial ma bardzo proste założenie: jest sobie gość (Linc), który (podobno) zabija brata wiceprezydenta Ameryki. Jak to w USA bywa od ręki zostaje skazany na krzesło. Brat skazanego (Michael), znany (?) konstruktor, nie wierzy w brednie podawane przez media i postanawia uratować starszego brata. Z racji, że zaprojektował on modernizację więzienia Fox River, kazał wytatuować na swoim ciele mapę, dzięki której uda mu się uciec z tego najlepiej strzeżonego pierdla. Aby dostać się do więzienia napada na bank, przyznaje się do winy, ale prosi sędziego o przydział do Fox River. Oczywiście prośba zostaje zaakceptowana…

Brzmi śmiesznie i wręcz po amerykańsku. Jeden jankes jest wrobiony, drugi dzielny jankes (najczęściej ktoś z rodziny lub przyjaciel) pomaga mu w ucieczce i razem oczyszczają swoje stargane imię. I tutaj się zgodzę. Czytając powyższe krótkie streszczenie można dojść do wniosku, że nie ma tutaj nic ciekawego. Jeżeli jednak zdecydujesz się obejrzeć ten sitcom i przebrniesz przez pierwsze (IMO najnudniejsze) 5/6 odcinków to później już nigdy, aż do obejrzenia ostatniego odcinka, nie wyłączysz telewizora/monitora. Prison Break jest jak dobra książka – z początku nudny, ale jak dasz mu szansę rozwinąć skrzydła to Cię nie zawiedzie. Od początku trzyma klimat i szybkość, a każdy nowy odcinek zachęca do obejrzenia następnego. W chwili, gdy piszę ten tekst, drugi sezon PB ma się już ku końcowi. Pozostały cztery odcinki, które miejmy nadzieję rozwiążą wszystko i serial zakończy się, może nie amerykańskim happy-endem, ale jakoś sensownie, a reżyser zabierze się za kolejny projekt. Niestety, jak to w biznesie bywa, nie zabija się kury znoszącej złote jajka. Maxis nie zabije The Sims, ponieważ przynoszą mu krociowe zyski, tak samo Fox nie zabije Prison Break. W jednym z wywiadów Paul Scheuring powiedział tak „With success comes questions about Season Three, so now we’re framing the first two seasons as chapter one of the ‘trilogy’.„, co można przetłumaczyć mniej więcej w taki sposób „Z sukcesem przychodzi pytanie o sezon trzeci, więc w chwili obecnej tworzymy dwa pierwsze sezony, jako pierwszy rozdział ‘trylogii’„. Tak, tak dobrze widzicie: sezon 1 i sezon 2 mają być rozdziałem I. Podążając tą logiką: sezon 3 i sezon 4 będą rozdziałem II, a sezony 5 i 6 będą III rozdziałem trylogii Prison Break. „Mają rozmach skurwsyny” – jak to powiedział Siara w Kilerze.

Przyszłość rysuje się nie bardzo różowo: Losty, jeżeli się nie odnajdą, to skończą się na czwartym sezonie (zgodnie z umowami, jakie podpisali aktorzy), bo więcej nie będzie się opłacać wyprodukować. Prison Break zapowiada się kolejnym tasiemcem, którego nie można jednoznacznie określić. Jeżeli reżyserem zostanie ta sama osoba, a akcja zostanie oddalona od postaci Michaela i Linca to kto wie, może kolejne sezony także będą interesujące, ale raczej nie liczyłbym to. Raczej czeka nas „Moda na sukces” w wersji pasiastej…

Klub sra… oops gracza?

Cenega od dawna zapowiadała walkę z CD Projektem. Faktem nie zaprzeczalnym jest to, że zarówno Cenega jak i CDP wydają najciekawiej zapowiadające się pozycje, ale także polonizują je na w miarę porządnym poziomie. Jednak nie można oprzeć się wrażeniu, że mega-portal gram.pl stał się prawdziwą solą w oku pań i panów z Cenegi. Ich odpowiedzią miał być Klub Gracza, który okazał się… niewypałem.

Klub gracza?

Przypomnę, że w czerwcu ubiegłego roku Cenega ruszyła ostro z tak zwanym Nowym Wymiarem Rozrywki. W skład tej inicjatywy weszły dwie akcje: Kolekcja Klasyki (odpowiednik eXtra Klasyki) oraz rejestracja gier (odpowiednik gram.pl). Do dnia dzisiejszego można kupić gry z serii KK oraz rejestrować nowe gry. Co z tego, że można, skoro gracze mogą tylko przeczytać o tym, co mogą zrobić z zebranymi punktami. Wielu z nich (żeby nie powiedzieć większość) zebrała już na koncie mniej więcej 1000 (co niektórzy na pewno więcej) punktów i… dalej je odkładają. Brak możliwości zamówienia książek, gadżetów z gier, sprzętu do komputera czy chociażby bonów na pizzę w PizzyHut. O wiele lepiej rozwiązała to konkurencja – nie rzuciła się na głęboką wodę, obiecując cuda graczom, byle ich tylko do siebie przyciągnąć. Zaczęło się skromnie – bijąc bardziej po kieszeni dystrybutora – dożywotnia gwarancja, obniżenie kosztów gry poprzez wykorzystanie zebranych punktów (także wysyłka za punkty) oraz sprzedawanie gier, w które już nie gramy (tzw. „używki”). Wraz z czasem dodawano nowe możliwości: kupno pakietów gier (np. podstawka + dodatek), sprzedaż gier LEMa i Electronic Arts, a teraz także gramsajty, czyli blogi dla graczy…

Aż strach pomyśleć, co się będzie działo w momencie, gdy Klub Gracza ruszy ostatecznie. Tysiące graczy rzuci się na nagrody, a tacy producenci jak Creative czy Razer, nie nadążą z wysyłką. Sama Cenega może tego nie wytrzymać – wszak ktoś MUSI ponieść koszty danego produktu, bo w dzisiejszych czasach można tylko w gębę dostać za darmo. Tak więc quo vadis Klubie Gracza? Jego droga wiedzie tylko w dwa możliwe miejsca: wolnego, ale za to głośnego upadku albo w końcu ruszy wszystko w takiej formie jak to miało pierwotnie wyglądać. Osobiście jednak stawiam na to drugie…

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.